20 stycznia 2013

IX


,,Turcjo - przybywamy!''

Wszyscy szykowali się na lot do Turcji. Moje plany oglądania meczu w telewizji zmieniły się, gdy ,,wygrałam’’ bilet i zakwaterowanie w Izmirze. Złożyli się, żebym tylko pojechała z nimi i dopingowała ich w hali pełnej wrogich im Turków. Było mi naprawdę głupio, że nie mogłam sama zapłacić za tą podróż, ale nie byłam w stanie. Praca w sieciówce nie była doskonale płatna, kasy wystarczało mi na podstawowe rzeczy, ale większość pieniędzy pochłaniały czynsz i inne opłaty związane z mieszkaniem. Bilety na sam mecz mogłam zakupić, ale hotel, benzyna… To wszystko przyprawiało mnie o ból głowy. Nie cieszyła mnie też perspektywa zostawienia mojego autka przed budynkiem lotniska. Na szczęście miałam zabrać się tam jednym autem z panią Winiarską i jej synkiem Olim, którzy mieli odwieźć tam Winiara i przy okazji wstąpić po mnie.

Nigdy nie przepadałam za bawieniem dzieci, bo po prostu nie miałam do tego cierpliwości. Moje jedyne kontakty w tej sferze ograniczały się do siostry, z którą nie zawsze było mi po drodze. Oli jednak od razu mnie zauroczył, nie tylko wyglądem, ale i zachowaniem. Poinstruowany przez ojca, podszedł do mnie pewnego razu po meczu z piłką i poprosił, żebym z nim pograła. Od tamtego czasu świetnie się z nim dogadywałam, przyznam nawet, że czasem oglądałam kreskówki, aby nadążyć za jego opowiadaniami, co się u jego ulubionych bohaterów działo. Żona Winiara była mi bardzo życzliwa, często siedziałam obok niej na meczach i wydawała mi się być świetną kobietą. Zastępowała mi trochę matkę/ przyjaciółkę, których nadal sobie nie znalazłam. Fakt, że przyjaźniłam się z chłopakami, ale nie mogłam im powiedzieć wszystkiego. W pracy miałam też kilka koleżanek, ale z żadną nie byłam jeszcze zbyt blisko.

Pakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do dużej torby, gdy zadzwonił telefon:
-Ratuj, nie mam w co się ubrać!
Zaśmiałam się, wyobrażając sobie mojego rozmówcę stojącego przed lustrem z desperacją w oczach.
-Muzaj, głupoty gadasz. Czemu dzwonisz?
-Wyjrzyj przez wizjer.
Podeszłam do drzwi i zobaczyłam jak stoi na mojej wycieraczce z telefonem w ręce. Otworzyłam mu.
-Głupek. Nie mogłeś zwyczajnie zapukać? Kto cię wpuścił?
-Jakaś kobieta wchodziła to się wepchnąłem. – Muzaj szeroko się uśmiechał. Bez zaproszenia ściągnął buty i kurtkę i chwilę później leżał już na mojej kanapie z nogami na oparciu. Nie ma co, czuł się jak u siebie.
Mimo jego zapatrzenia w siebie, bardzo go polubiłam. Był w podobnym wieku i chyba dlatego tak do mnie przylgnął, dawno też dałam mu do zrozumienia, że z mojej strony nie może się spodziewać niczego więcej ponad przyjaźń, ale nie zraził się. Ważne, że dał sobie spokój. A przynajmniej tak myślałam.
Często do mnie dzwonił i odwiedzał w najmniej niespodziewanym momencie. Teraz jego wizyta także była pozbawiona celu. Ach, może jednak nie. Muzaj za cel postawił sobie chyba wyjedzenie zawartości mojej lodówki, bo nim się obejrzałam, stał przy jej otwartych drzwiach i z kabanosem w ustach przeglądał wszystkie półki i szufladki. Otworzył zamrażarkę i gdy dojrzał w niej pudło truskawkowych lodów wyciągnął je, podszedł do szafki i wyciągnął z niej dwie łyżki i znów powrócił na kanapę. Rozłożony sięgnął po pilota i włączył kanał sportowy- właśnie nadawano relację ze skoków narciarskich.
-Przyłączysz się? – machnął łyżką w moim kierunku. Podeszłam do niego i zwaliłam go z kanapy, wcześniej zabierając mu z rąk lody. Wiedziałam, że jeśli nie skorzystam z jego propozycji, to za jakieś dziesięć minut przyjdzie mi obejść się smakiem.  Zjedliśmy ponad pół kilogramowego opakowania,  komentując występy skoczków. Przerażona ilością pochłoniętych lodów, pozwoliłam mu dojeść resztę. Zaczęłam się trząść jak w gorączce.
-Chyba jedzenie lodów, gdy na dworze mniej niż zero stopni nie było dobrym pomysłem. – stwierdziłam, szczękając zębami.
-To może herbatki?
-Chcesz, żebym dostała rozstroju żołądka? – zaśmiałam się, bo już stał w kuchni i nalewał wody do czajnika. Zapytał mnie, gdzie mam zapałki i poleciłam mu poszukać ich w szufladzie, ale niestety tam ich nie było. Otworzył jednak jedną z szafek i z triumfującą miną pomachał mi jednym opakowaniem.
-Kurczę, chyba spędzasz u mnie zbyt dużo czasu, skoro lepiej wiesz, gdzie co trzymam. Następnym razem, gdy nie będę mogła czegoś znaleźć, zamiast szukać godzinami zadzwonię do ciebie.
-Nie ma sprawy, chętnie pomogę. A, zapomniałem ci powiedzieć, że zaraz będziesz miała gości. – powiedział, wyciągając dwa kubki i wrzucając do nich po torebce herbaty jeżynowej.
-Widzę, że już całkowicie się u mnie zadomowiłeś. – powiedziałam troszkę zgryźliwie. Wpadanie bez zapowiedzi  było ok, ale zapraszanie ludzi bez mojej zgody bardzo mi się nie podobało.
-Moje mieszkanie to nie lokal na przyjęcia. - mruknęłam. Widząc moją minę, zaśmiał się.
-Nie patrz się na mnie, jakbyś chciała mnie zabić. Całe szczęście, że nie jesteś Bazyliszkiem, bo dawno leżałbym na tej podłodze martwy.
Wypiłam herbatę, cały czas zastanawiając się, kogo też naspraszał mój kolega. Zadzwonił domofon. Zerwałam się z kanapy, ale on ubiegł mnie i otworzył. Stałam tak chwilę, myśląc z kim przyjdzie mi przemęczyć czas pozostały do wyjazdu, gdy w drzwiach ukazali się Cupko, Aleks, Zati i Kłos. Odetchnęłam z ulgą.
-Sorki chłopaki, ale chyba musicie zmykać, nie jesteście tu mile widziani. –powiedział Muzaj, za co dostał ode mnie po głowie poduszką. Przybyli nie wiedzieli o co chodzi, nie miałam zamiaru jednak im tego wyjaśniać.
-Spoko chłopaki, siadajcie. Nie słuchajcie tego czubka, zjadł przed chwilą prawie kilogram lodów, zmroziło mu mózg.
- My tak naprawdę nie przyszliśmy do ciebie, ale po ciebie. – powiedział Kłos.
-Idzie panienka z nami. –odezwał się Cupko.
-To jest napad! Ręce do góry!- zawołał Zati. Udając przerażenie wykonałam jego rozkaz i zaczęliśmy się wszyscy śmiać.
-Dobra chłopaki, teraz na poważnie. – powiedziałam patrząc na nich.
-Idziesz z nami. Mam nadzieję, że zdążyłaś się już spakować na wyjazd? – Aleks miał na myśli wycieczkę na lotnisko. Rzuciłam okiem na mój pokój, który wyglądał jak po przejściu tornado. Siatkarze skierowali wzrok w tą samą stronę.
-Chyba jest w trakcie. –stwierdził Muzaj, zapewne na widok mojej rozbebeszonej na łóżku na wpół spakowanej torby.
-To my ci pomożemy. –Cupko pełny entuzjazmu już biegł do mojego pokoju. Nim zdążyłam zaprotestować, grzebali w moich rzeczach. W tej chwili żałowałam, że pakowanie bielizny zostawiłam na koniec. Gorsze, że nie pamiętałam, gdzie ją zostawiłam- pod tą kupką ubrań pod ścianą, może znajduje się pod wystającą spod łóżka bluzą lub też w szafie? Znając moje szczęście w tym ostatnim miejscu na pewno nie została.
-No to co? Może najpierw to ogarniemy? O! To ma ładny kolor. – powiedział Aleks wskazując na fioletowy skrawek materiału wystający spod torby podróżnej. Patrzyłam w spowolnionym tempie, jak wyciąga spod niej... mój stanik. Muszę przyznać, że stał tak trochę zszokowany swoim odkryciem.  Na widok jego miny siatkarze wybuchli śmiechem. Chwilę później wszyscy prawie turlaliśmy się po podłodze. Dziękowałam Bogu, że nie zauważyli mojego buraka na twarzy.
-Wiesz co, może ty się sama spakujesz, co? – stwierdził Serb-odkrywca. Było mi to bardzo na rękę, więc usadowiłam ich przed telewizorem i zaopatrzyłam w pilota. Do torby spakowałam kosmetyczkę, nieszczęsną bieliznę, parę getrów i dżinsy, oraz kilka bluzek i sweter. Zgarnęłam rurki, cieplutką szarą bluzę i czarny podkoszulek do łazienki, gdzie się przebrałam. Zebrałam włosy w wysoki kucyk i wróciłam do pokoju.  Wyciągnęłam z szafy moją podręczną skórzaną torbę i wrzuciłam do niej mp4, lustrzankę, kilka drobiazgów i chyba byłam gotowa. Jedna rzecz jednak się nie zgadzała.
-Chłopaki? – zapytałam stając w drzwiach. Obrócili się wszyscy, jednak byłam pewna, że Serbowie nie zrozumieli co powiedziałam. Zawsze nie wiedziałam, w jakim języku rozmawiać z siatkarzami, gdy w otoczeniu byli ci zagraniczni, bo wydawało mi się to niegrzeczne używać tego, którego nie rozumieją. Ponieważ jednak Polacy stanowili większość wśród moich gości, kontynuowałam w moim ojczystym języku. – Właściwie, dlaczego to wy po mnie przyszliście? Miała po mnie podjechać żona Winiara.
- Zmiana planu bejbe. – odpowiedział Muzaj. Zauważyłam, że w ręce trzyma tym razem batonika. Grrr… znów przegrzebał wszystkie moje szafki.
 – Jedziesz z nami pod halę, gdzie pakujesz się z nami do autokaru.
-Do auto…co? Przecież miałam jechać z rodziną Winiara. – powiedziałam zdziwiona.
-Tak, ale przecież Winiar jest kontuzjowany i nie leci. Złożyliśmy się wszyscy, to nie możemy tak zmarnować tych pieniędzy i dlatego jedziesz z nami. – odparł Zati.
-Trener był zapewne zachwycony.
-Szczerze mówiąc to spodziewaliśmy się, że udusi któregoś z nas, gdy zaproponowaliśmy, że pojedziesz z nami. On jednak przyjął tę propozycję bardzo spokojnie i od razu się zgodził.  –odezwał się Kłos.
-Chyba cię lubi.- dopowiedział Zati.
-A jak można nie lubić tej mordeczki? – zanim się spostrzegłam, Muzaj stał koło mnie i ściskał mi dłońmi policzki tak, że wyglądałam jak chomik.
-Dobra, dobra. Niech będzie. Jakoś się z wami przemęczę w tym autokarze. Możemy jechać. - pomachałam w ich stronę torbą podróżną. 
Wyłączyli telewizor,  podnieśli strącony ze stolika wazon ( Cupko szukał telefonu, który wypadł mu z dłoni i oczywiście musiał coś przy tym zwalić), a ja zrobiłam krótki obchód po mieszkaniu. Gdy już upewniłam się, że wszystko w porządku, Aleks wziął ode mnie torbę ( nie chciałam się na to zgodzić, ale nalegał) i wyszliśmy z bloku. Podzieliliśmy się na dwa auta, bo było nas za dużo. Muzaj już na wstępie ,, zamówił sobie’’ jazdę tym samym autem co ja, więc wsiedliśmy do auta Kłosa i pomknęliśmy w stronę Bełchatowa. Z Zatim zabrali się Serbowie. Droga jak nigdy mi się nie dłużyła, bo spędziłam ją w świetnym towarzystwie.

Pod halą byli już praktycznie wszyscy. Przywitałam się z nimi, przy maleńkiej pomocy Wlazłego załadowałam swoją torbę do części bagażowej i weszłam do autokaru. Rozejrzałam się za miejscem do siedzenia. W sumie było ich sporo, bo każdy siatkarz miał dla siebie dwa miejsca. Nie wiedziałam, które wybrać, gdy podszedł do mnie Cupko, złapał za nadgarstek ( cwaniak wiedział, że gdyby nie ten fakt, pewnie bym się wyrwała) i zaprowadził na tyły autobusu. Muzaj jeszcze protestował, ale Serb uciszył go mówiąc, że siedział obok mnie już w drodze pod bełchatowską halę i teraz jego kolej. W tej chwili czułam się jak zabawka, o którą bije się dwójka przedszkolaków.
 Wskazał mi miejsce przy oknie i usiadł obok mnie. Na siedzeniu obok wylegiwał się Atanasijević.
- Miło, że pozwoliłeś mi zadecydować. - powiedziałam do Cupko.
-Kogoś muszę pomęczyć swoją gadaniną, a ty jedyna jeszcze jakoś ją tolerujesz. Nawet Aleks ostatnio wymięka. – odpowiedział z zawadiacką miną. Czekała mnie dość długa podróż.
*
Ta dam! Jest kolejny rozdział, dużo dłuższy niż ostatnie. Bardzo ucieszyłam się, gdy po wejściu na bloga zobaczyłam okrągły tysiąc odwiedzin. Wielkie dzięki :)  
Mam jeszcze taką małą informację dotyczącą publikowania postów : normalnie w tygodniu będą publikowane koło godziny 16, a w weekendy może troszkę wcześniej. 

6 komentarzy:

  1. Ten Muzaj podejrzanie się do niej zbliża jak na przyjaciela :D
    Czekam już na kolejny rozdział! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uuu, wyczuwam coś z Muzajem :D chociaż jako przyjaciel też mógłby być ;d nie mogę się już doczekać, jak to wszystko sie potoczy :D
    Pozdrawiam :)
    http://lonesome-tears-in-my-eyes.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Maciek oj :P Czytam czytam i tak sobie myślę, fajnie że postacie u Ciebie są takie żywe i zawsze coś się dzieje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, widzę, że osiągnęłam swój zamiar i nie wieje tu nudą ;)

      Usuń