,,Turcjo - przybywamy!''
Wszyscy szykowali się na lot do Turcji. Moje plany oglądania
meczu w telewizji zmieniły się, gdy ,,wygrałam’’ bilet i zakwaterowanie w
Izmirze. Złożyli się, żebym tylko pojechała z nimi i dopingowała ich w hali
pełnej wrogich im Turków. Było mi naprawdę głupio, że nie mogłam sama zapłacić
za tą podróż, ale nie byłam w stanie. Praca w sieciówce nie była doskonale
płatna, kasy wystarczało mi na podstawowe rzeczy, ale większość pieniędzy
pochłaniały czynsz i inne opłaty związane z mieszkaniem. Bilety na sam mecz
mogłam zakupić, ale hotel, benzyna… To wszystko przyprawiało mnie o ból głowy. Nie
cieszyła mnie też perspektywa zostawienia mojego autka przed budynkiem
lotniska. Na szczęście miałam zabrać się tam jednym autem z panią Winiarską i
jej synkiem Olim, którzy mieli odwieźć tam Winiara i przy okazji wstąpić po
mnie.
Nigdy nie przepadałam za bawieniem dzieci, bo po prostu nie
miałam do tego cierpliwości. Moje jedyne kontakty w tej sferze ograniczały się
do siostry, z którą nie zawsze było mi po drodze. Oli jednak od razu mnie
zauroczył, nie tylko wyglądem, ale i zachowaniem. Poinstruowany przez ojca,
podszedł do mnie pewnego razu po meczu z piłką i poprosił, żebym z nim pograła.
Od tamtego czasu świetnie się z nim dogadywałam, przyznam nawet, że czasem
oglądałam kreskówki, aby nadążyć za jego opowiadaniami, co się u jego
ulubionych bohaterów działo. Żona Winiara była mi bardzo życzliwa, często
siedziałam obok niej na meczach i wydawała mi się być świetną kobietą.
Zastępowała mi trochę matkę/ przyjaciółkę, których nadal sobie nie znalazłam.
Fakt, że przyjaźniłam się z chłopakami, ale nie mogłam im powiedzieć
wszystkiego. W pracy miałam też kilka koleżanek, ale z żadną nie byłam jeszcze
zbyt blisko.
Pakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do dużej torby, gdy
zadzwonił telefon:
-Ratuj, nie mam w co się ubrać!
Zaśmiałam się, wyobrażając sobie mojego rozmówcę stojącego
przed lustrem z desperacją w oczach.
-Muzaj, głupoty gadasz. Czemu dzwonisz?
-Wyjrzyj przez wizjer.
Podeszłam do drzwi i zobaczyłam jak stoi na mojej
wycieraczce z telefonem w ręce. Otworzyłam mu.
-Głupek. Nie mogłeś zwyczajnie zapukać? Kto cię wpuścił?
-Jakaś kobieta wchodziła to się wepchnąłem. – Muzaj szeroko
się uśmiechał. Bez zaproszenia ściągnął buty i kurtkę i chwilę później leżał
już na mojej kanapie z nogami na oparciu. Nie ma co, czuł się jak u siebie.
Mimo jego zapatrzenia w siebie, bardzo go polubiłam. Był w
podobnym wieku i chyba dlatego tak do mnie przylgnął, dawno też dałam mu do zrozumienia,
że z mojej strony nie może się spodziewać niczego więcej ponad przyjaźń, ale
nie zraził się. Ważne, że dał sobie spokój. A przynajmniej tak myślałam.
Często do mnie dzwonił i odwiedzał w najmniej niespodziewanym
momencie. Teraz jego wizyta także była pozbawiona celu. Ach, może jednak nie.
Muzaj za cel postawił sobie chyba wyjedzenie zawartości mojej lodówki, bo nim
się obejrzałam, stał przy jej otwartych drzwiach i z kabanosem w ustach
przeglądał wszystkie półki i szufladki. Otworzył zamrażarkę i gdy dojrzał w
niej pudło truskawkowych lodów wyciągnął je, podszedł do szafki i wyciągnął z
niej dwie łyżki i znów powrócił na kanapę. Rozłożony sięgnął po pilota i
włączył kanał sportowy- właśnie nadawano relację ze skoków narciarskich.
-Przyłączysz się? – machnął łyżką w moim kierunku. Podeszłam
do niego i zwaliłam go z kanapy, wcześniej zabierając mu z rąk lody.
Wiedziałam, że jeśli nie skorzystam z jego propozycji, to za jakieś dziesięć
minut przyjdzie mi obejść się smakiem. Zjedliśmy ponad pół kilogramowego
opakowania, komentując występy skoczków.
Przerażona ilością pochłoniętych lodów, pozwoliłam mu dojeść resztę. Zaczęłam
się trząść jak w gorączce.
-Chyba jedzenie lodów, gdy na dworze mniej niż zero stopni
nie było dobrym pomysłem. – stwierdziłam, szczękając zębami.
-To może herbatki?
-Chcesz, żebym dostała rozstroju żołądka? – zaśmiałam się,
bo już stał w kuchni i nalewał wody do czajnika. Zapytał mnie, gdzie mam
zapałki i poleciłam mu poszukać ich w szufladzie, ale niestety tam ich nie
było. Otworzył jednak jedną z szafek i z triumfującą miną pomachał mi jednym
opakowaniem.
-Kurczę, chyba spędzasz u mnie zbyt dużo czasu, skoro lepiej
wiesz, gdzie co trzymam. Następnym razem, gdy nie będę mogła czegoś znaleźć,
zamiast szukać godzinami zadzwonię do ciebie.
-Nie ma sprawy, chętnie pomogę. A, zapomniałem ci
powiedzieć, że zaraz będziesz miała gości. – powiedział, wyciągając dwa kubki i
wrzucając do nich po torebce herbaty jeżynowej.
-Widzę, że już całkowicie się u mnie zadomowiłeś. –
powiedziałam troszkę zgryźliwie. Wpadanie bez zapowiedzi było ok, ale zapraszanie ludzi bez mojej
zgody bardzo mi się nie podobało.
-Moje mieszkanie to nie lokal na przyjęcia. - mruknęłam. Widząc moją minę, zaśmiał się.
-Nie patrz się na mnie, jakbyś chciała mnie zabić. Całe
szczęście, że nie jesteś Bazyliszkiem, bo dawno leżałbym na tej podłodze
martwy.
Wypiłam herbatę, cały czas zastanawiając się, kogo też
naspraszał mój kolega. Zadzwonił domofon. Zerwałam się z kanapy, ale on ubiegł
mnie i otworzył. Stałam tak chwilę, myśląc z kim przyjdzie mi przemęczyć czas pozostały do wyjazdu, gdy w drzwiach ukazali się Cupko, Aleks, Zati i Kłos. Odetchnęłam
z ulgą.
-Sorki chłopaki, ale chyba musicie zmykać, nie jesteście tu
mile widziani. –powiedział Muzaj, za co dostał ode mnie po głowie poduszką.
Przybyli nie wiedzieli o co chodzi, nie miałam zamiaru jednak im tego wyjaśniać.
-Spoko chłopaki, siadajcie. Nie słuchajcie tego czubka,
zjadł przed chwilą prawie kilogram lodów, zmroziło mu mózg.
- My tak naprawdę nie przyszliśmy do ciebie, ale po ciebie.
– powiedział Kłos.
-Idzie panienka z nami. –odezwał się Cupko.
-To jest napad! Ręce do góry!- zawołał Zati. Udając
przerażenie wykonałam jego rozkaz i zaczęliśmy się wszyscy śmiać.
-Dobra chłopaki, teraz na poważnie. – powiedziałam patrząc
na nich.
-Idziesz z nami. Mam nadzieję, że zdążyłaś się już spakować
na wyjazd? – Aleks miał na myśli wycieczkę na lotnisko. Rzuciłam okiem na mój
pokój, który wyglądał jak po przejściu tornado. Siatkarze skierowali wzrok w tą
samą stronę.
-Chyba jest w trakcie. –stwierdził Muzaj, zapewne na widok
mojej rozbebeszonej na łóżku na wpół spakowanej torby.
-To my ci pomożemy. –Cupko pełny entuzjazmu już biegł do
mojego pokoju. Nim zdążyłam zaprotestować, grzebali w moich rzeczach. W tej
chwili żałowałam, że pakowanie bielizny zostawiłam na koniec. Gorsze, że nie
pamiętałam, gdzie ją zostawiłam- pod tą kupką ubrań pod ścianą, może znajduje
się pod wystającą spod łóżka bluzą lub też w szafie? Znając moje szczęście w
tym ostatnim miejscu na pewno nie została.
-No to co? Może najpierw to ogarniemy? O! To ma ładny kolor.
– powiedział Aleks wskazując na fioletowy skrawek materiału wystający spod
torby podróżnej. Patrzyłam w spowolnionym tempie, jak wyciąga spod niej... mój
stanik. Muszę przyznać, że stał tak trochę zszokowany swoim odkryciem. Na widok jego miny siatkarze wybuchli
śmiechem. Chwilę później wszyscy prawie turlaliśmy się po podłodze. Dziękowałam
Bogu, że nie zauważyli mojego buraka na twarzy.
-Wiesz co, może ty się sama spakujesz, co? – stwierdził
Serb-odkrywca. Było mi to bardzo na rękę, więc usadowiłam ich przed telewizorem
i zaopatrzyłam w pilota. Do torby spakowałam kosmetyczkę, nieszczęsną bieliznę,
parę getrów i dżinsy, oraz kilka bluzek i sweter. Zgarnęłam rurki, cieplutką
szarą bluzę i czarny podkoszulek do łazienki, gdzie się przebrałam. Zebrałam
włosy w wysoki kucyk i wróciłam do pokoju. Wyciągnęłam z szafy moją podręczną skórzaną
torbę i wrzuciłam do niej mp4, lustrzankę, kilka drobiazgów i chyba byłam
gotowa. Jedna rzecz jednak się nie zgadzała.
-Chłopaki? – zapytałam stając w drzwiach. Obrócili się
wszyscy, jednak byłam pewna, że Serbowie nie zrozumieli co powiedziałam. Zawsze
nie wiedziałam, w jakim języku rozmawiać z siatkarzami, gdy w otoczeniu byli ci
zagraniczni, bo wydawało mi się to niegrzeczne używać tego, którego nie
rozumieją. Ponieważ jednak Polacy stanowili większość wśród moich gości, kontynuowałam
w moim ojczystym języku. – Właściwie, dlaczego to wy po mnie przyszliście?
Miała po mnie podjechać żona Winiara.
- Zmiana planu bejbe. – odpowiedział Muzaj. Zauważyłam, że w
ręce trzyma tym razem batonika. Grrr… znów przegrzebał wszystkie moje szafki.
–
Jedziesz z nami pod halę, gdzie pakujesz się z nami do autokaru.
-Do auto…co? Przecież miałam jechać z rodziną Winiara. –
powiedziałam zdziwiona.
-Tak, ale przecież Winiar jest kontuzjowany i nie leci. Złożyliśmy
się wszyscy, to nie możemy tak zmarnować tych pieniędzy i dlatego jedziesz z
nami. – odparł Zati.
-Trener był zapewne zachwycony.
-Szczerze mówiąc to spodziewaliśmy się, że udusi któregoś z
nas, gdy zaproponowaliśmy, że pojedziesz z nami. On jednak przyjął tę
propozycję bardzo spokojnie i od razu się zgodził. –odezwał się Kłos.
-Chyba cię lubi.- dopowiedział Zati.
-A jak można nie lubić tej mordeczki? – zanim się
spostrzegłam, Muzaj stał koło mnie i ściskał mi dłońmi policzki tak, że
wyglądałam jak chomik.
-Dobra, dobra. Niech będzie. Jakoś się z wami przemęczę w
tym autokarze. Możemy jechać. - pomachałam w ich stronę torbą podróżną.
Wyłączyli telewizor, podnieśli strącony
ze stolika wazon ( Cupko szukał telefonu, który wypadł mu z dłoni i oczywiście
musiał coś przy tym zwalić), a ja zrobiłam krótki obchód po mieszkaniu. Gdy już
upewniłam się, że wszystko w porządku, Aleks wziął ode mnie torbę ( nie
chciałam się na to zgodzić, ale nalegał) i wyszliśmy z bloku. Podzieliliśmy się
na dwa auta, bo było nas za dużo. Muzaj już na wstępie ,, zamówił sobie’’ jazdę
tym samym autem co ja, więc wsiedliśmy do auta Kłosa i pomknęliśmy w stronę
Bełchatowa. Z Zatim zabrali się Serbowie. Droga jak nigdy mi się nie dłużyła, bo spędziłam ją w świetnym towarzystwie.
Pod halą byli już praktycznie wszyscy. Przywitałam się z
nimi, przy maleńkiej pomocy Wlazłego załadowałam swoją torbę do części
bagażowej i weszłam do autokaru. Rozejrzałam się za miejscem do siedzenia. W
sumie było ich sporo, bo każdy siatkarz miał dla siebie dwa miejsca. Nie
wiedziałam, które wybrać, gdy podszedł do mnie Cupko, złapał za nadgarstek (
cwaniak wiedział, że gdyby nie ten fakt, pewnie bym się wyrwała) i zaprowadził
na tyły autobusu. Muzaj jeszcze protestował, ale Serb uciszył go mówiąc, że
siedział obok mnie już w drodze pod bełchatowską halę i teraz jego kolej. W tej
chwili czułam się jak zabawka, o którą bije się dwójka przedszkolaków.
Wskazał mi miejsce
przy oknie i usiadł obok mnie. Na siedzeniu obok wylegiwał się Atanasijević.
- Miło, że pozwoliłeś mi zadecydować. - powiedziałam do Cupko.
-Kogoś muszę pomęczyć swoją gadaniną, a ty jedyna jeszcze
jakoś ją tolerujesz. Nawet Aleks ostatnio wymięka. – odpowiedział z zawadiacką
miną. Czekała mnie dość długa podróż.
*
Ta dam! Jest kolejny rozdział, dużo dłuższy niż ostatnie. Bardzo ucieszyłam się, gdy po wejściu na bloga zobaczyłam okrągły tysiąc odwiedzin. Wielkie dzięki :)
Mam jeszcze taką małą informację dotyczącą publikowania postów : normalnie w tygodniu będą publikowane koło godziny 16, a w weekendy może troszkę wcześniej.
Ten Muzaj podejrzanie się do niej zbliża jak na przyjaciela :D
OdpowiedzUsuńCzekam już na kolejny rozdział! :)
Zapraszam do siebie na nowy rozdział ;)
UsuńUuu, wyczuwam coś z Muzajem :D chociaż jako przyjaciel też mógłby być ;d nie mogę się już doczekać, jak to wszystko sie potoczy :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
http://lonesome-tears-in-my-eyes.blogspot.com/
Maciek oj :P Czytam czytam i tak sobie myślę, fajnie że postacie u Ciebie są takie żywe i zawsze coś się dzieje ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo, widzę, że osiągnęłam swój zamiar i nie wieje tu nudą ;)
UsuńOL. ;)
OdpowiedzUsuń