Deszcz zacinał mocno o szyby w moim samochodzie, do którego
wsiadłem po męczącym treningu. Z powodu paskudnej pogody, auto odmawiało mi
współpracy. Za trzecim razem jednak udało mi się zapalić silnik i wyjechałem z
parkingu, na którym czekało na mnie podczas, gdy ja trenowałem wraz z resztą drużyny.
Zbliżał się czas Ligi Mistrzów i spotkania ze Skrą, po raz kolejny będąc po
drugiej stronie siatki. Spojrzałem na zegarek – dochodziła 17, a na zewnątrz
powoli zaczęło się ściemniać. Ulice
Moskwy jak nigdy były prawie opustoszałe.
Dokładnie dziś minęły dwa lata od narodzenia mojego syna.
Świadomość, że kilka tysięcy kilometrów stąd, w Polsce teraz świętują jego
urodziny, była bardzo przytłaczająca. Jako jego ojciec, powinienem być przy nim
nie tylko teraz, ale i wtedy, gdy zaczął chodzić, czy wypowiedział swoje
pierwsze słowo, a prawda jest taka, że na żywo widziałem go tylko kilka razy.
Nie tak miało się ułożyć przecież moje życie. Zacisnąłem
ręce na kierownicy i odwróciłem głowę, po czym utkwiłem wzrok w małym zdjęciu,
które trzymałem w schowku bagażowym. Przedstawiało Justynę, która trzymała
Karola na kolanach podczas pierwszych urodzin, w których także nie
uczestniczyłem. Spojrzałem na jej uśmiechniętą twarz, zwróconą w stronę naszego
syna, który także szeroko się uśmiechał. Oboje mieli takie same dołeczki w
policzkach. Zdjęcie wydrukowałem z portalu społecznościowego, bo jeśli już
wysyłała mi jakieś, to przedstawiały one tylko Karola, a ja czasami po prostu
czułem potrzebę zobaczenia tak znanych mi rysów twarzy, które podnosiły mnie na
duchu. Może powinienem był już się z
tego wyleczyć, w końcu minęło już tyle czasu. Za nami była też już pierwsza
rozprawa sądowa, jednak nadal byliśmy małżeństwem. Na kolejną, za kilka
tygodni, przygotowywałem się z myślą, że tym razem będzie to już koniec i nie przeciągnę
tego dłużej. Rozstaniemy się definitywnie i tylko dziecko będzie przypominało,
że kiedyś byliśmy razem, szczęśliwi.
Zapaliły się latarnie, a ja zauważyłem, że skręciłem w
nieznaną mi uliczkę. Włączyłem GPSa, żeby znaleźć drogę powrotną, gdy zadzwonił
mi telefon : ,,Iva’’.
-Tak?
-Gdzie ty się podziewasz? Czekam z kolacją. – usłyszałem
wyrzut w jej głosie.
-Będę za 15 minut.
Odłożyłem telefon i przycisnąłem gaz, pędząc pustą ulicą.
Pusty żołądek dał o sobie znać. Potarłem zmęczony oczy, a chwilę później moje
spojrzenie przykuła dziewczyna idąca chodnikiem. Długie, lekko falowane brązowe
włosy, jasny płaszcz, podobny wzrost. Tak bardzo podobna do Justyny, że aż
niemożliwe wydawało się, iż jest kimś zupełnie innym.
Nagle oślepiło mnie jasne światło. Skierowałem wzrok przed
siebie, a przed oczami przeleciało mi całe życie. Pierwszy mecz, dzień, w
którym zobaczyłem Justynę, kiedy zostaliśmy parą. Zaręczyny i ślub, ta radość,
kiedy powiedziała mi, że będziemy mieli dziecko. Klaudia, a później łzy w oczach
Justyny. Rozmowa, kiedy oznajmiła mi, że chociaż bardzo tego chce, to nie
byłaby w stanie do mnie wrócić. Narodziny syna. Czyli tak miało skończyć się
moje życie, które było teraz totalnym bałaganem? Chyba zrobiłem więcej złego,
niż dobrego… Usłyszałem klakson, a potem pochłonęła mnie głucha ciemność.
*
Wytarłam Karolowi twarz, którą ubrudził podczas zabawy
kawałkiem toru, bo nie mogłam tego nazwać jedzeniem. Rozmowy przy stole
ucichły, bo wszyscy zaproszeni próbowali teraz mojego wypieku. Siedzący naprzeciwko
nas Karol Kłos, którego zaczęliśmy nazywać seniorem, cały czas machał rękoma do
mojego synka, sprawiając, że malec nie był zainteresowany już niczym innym, niż
tylko robiącym z siebie głupka siatkarzem. Nie bez powodu wybrałam to właśnie
imię na swojemu dziecku – Kłos był po prostu świetnym człowiekiem, chciałam,
żeby malec wziął z niego przykład. Zrezygnowana odłożyłam łyżeczkę na talerz,
po czym usłyszałam dzwonek telefonu. Mama Maćka, która uparła się, by być na
urodzinach swojego jedynego wnuka, wyciągnęła w moim kierunku ręce.
-Daj mi małego i idź odbierz, może to coś ważnego.
-Wątpię. Pewnie chcą wcisnąć mi jakiś kredyt, czy więcej
minut w pakiecie. – odpowiedziałam, oddając jej Karola i wstając od stołu. Z pewnymi trudnościami dotarłam do telefonu,
po drodze obijając się o kant stołu i prawie wywracając o plastikową koparkę.
-Słucham? – zapytałam, ale chwilę później odkryłam, że
rozmówca nie przemawia w moim ojczystym języku, płynnie więc przeszłam na
angielski.
-Co się stało? – wyszeptałam, ściskając kurczowo słuchawkę.
Moje nogi zaczęły podejrzanie się trząść, przed oczami pojawiły się mroczki.
Czułam się, jakby ktoś nagle odciął mi dopływ powietrza. Zapewne upadłabym,
gdyby nie szybka reakcja mojego ojca.
-Dziękuję za informację. – zakończyłam rozmowę. Siedziałam
oparta o ścianę, a każda osoba w pomieszczeniu patrzyła na mnie, czekając na
jakieś wyjaśnienia. Spojrzałam po tak dobrze znanych mi twarzach mojej rodziny,
Darii, Piotrka i Kłosa i jego dziewczyny, Aleksa i Cupko, a później zatrzymałam
się na moich teściach.
-Maciek… on miał wypadek. Jest w stanie krytycznym.–
wyszeptałam, zalewając się łzami. Cisza i szok panujące w pomieszczeniu stały
się aż namacalne. W pomieszczeniu rozległ się histeryczny prawie szloch mojej
teściowej. Powoli jednak otaczające mnie dźwięki przestały do mnie docierać,
kiedy siedziałam tak obejmując rękoma kolana, kołysana przez tulącego mnie
ojca. Świat stracił swoje barwy. Po chwili poczułam na swojej dłoni nieśmiały
dotyk. Podniosłam głowę i otarłam łzy, widząc ogromne, przerażone oczy mojego
synka, który nie wiedział, co tak naprawdę się stało, jednak nasza reakcja
musiała bardzo go wystraszyć. Popatrzyłam na jego twarz, tak podobną do twarzy
Maćka iż poczułam ścisk w gardle. Mały bał się coraz bardziej, słysząc
nieustający płacz swojej babci, którą teraz prawie wszyscy obecni próbowali
uspokoić i wygiął usta w podkówkę. Matka Maćka cały czas powtarzała imię
swojego syna, tak jakby już umarł. Starałam się nie dopuszczać takiej
możliwości do myśli.
-Maciek, mój kochany Maciek…
Wyciągnęłam ręce do Karolka, sadzając go sobie na kolanach.
Złożył swoje maleńkie rączki na mojej szyi i wypowiedział jedno słowo, zapewne
nieświadomie.
-Tata?
Ponownie zalałam się łzami.
*
Obudziłem się w sterylnie czystym, białym pomieszczeniu.
Leżałem w gładko wyprasowanej, pachnącej detergentami pościeli, a oprócz mojego
łóżka, nieopodal stało jeszcze jedno puste. Powiodłem wzrokiem po ścianach i
wsłuchałem się w rozmowy ludzi, którzy przechodzili obok, prowadzone w języku
rosyjskim. Niektórzy z nich śmiali się i zagadywali krewnych, umilając im czas
spędzony w szpitalu. Mnie jednak nikt nie zagadywał.
Tamtego feralnego dnia, w urodziny syna wjechałem wprost pod
rozpędzoną ciężarówkę. To cud, że przeżyłem. Niestety oprócz licznych złamań i
pęknięcia czaszki doznałem też urazu kręgosłupa, w wyniku którego byłem
sparaliżowany od pasa w dół. Przyszło mi prawie jak roślina leżeć z metalowymi
blachami w ciele, prawie niewidocznym
spod wszystkich bandaży. A najgorszy był fakt, że znów wszystko się zmieniło.
Mimo, iż nie wiązałem z Ivą żadnych konkretnych planów, miałem nadzieję, że
odwiedzi mnie choć raz. Nie przyszła ani razu. Teraz dokładnie trafiły do mnie
słowa matki, która uważała, że Rosjanka jest ze mną tylko ze względu na sławę.
Może to i dobrze, że miałem ten wypadek? Dzięki temu mogłem przekonać się, kto
tak naprawdę jest moim przyjacielem. Często odwiedzało mnie kilku kolegów z
drużyny i trener. Wszyscy jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że już nigdy nie
wrócę do siatkówki, bo moje całkowite wyzdrowienie było praktycznie niemożliwe.
Przeszedłem kilka operacji i czułem się, jakby ktoś przeżuł mnie i wypluł.
Leżąc godzinami bezruchu, miałem dużo czasu na przemyślenia. Czasami
zastanawiałem się, dlaczego musiałem to przeżyć. Czy nie łatwiej byłoby, gdybym
zginął na miejscu? Moje życie i tak już było całkiem poplątane, a teraz bez
władzy w nogach, nie miałem już żadnych innych perspektyw na przyszłość, niż
tylko sprzedać dom, który wybudowałem z Justyną i zamieszkać z rodzicami. Nie
byłem w stanie nawet podnieść ręki do swoich rzeczy ułożonych obok na stoliku.
Pielęgniarki położyły tam to, co znaleziono przy mnie po wypadku – mój telefon,
który jednak nie nadawał się do niczego innego, jak jedynie do śmieci, zdjęcie
Justyny i Karola i obrączkę, którą mimo tego, że już praktycznie nie byliśmy
małżeństwem, zawsze nosiłem przy sobie. Jakiś dzień wcześniej lekarz
poinformował mnie, że dzwonili moi rodzice, zapowiadając swoją wizytę. Może to
i dobrze, że jednak przeżyłem? Jak moi rodzice pogodziliby się ze stratą
jedynego syna? Nie mogę być takim egoistą, już raz tego pożałowałem, kiedy
wplątałem się w tę całą hecę z Klaudią…
Zegar wiszący na przeciwległej ścianie wskazywał godzinę 15
rosyjskiego czasu, gdy w drzwiach do Sali pojawiła się ciemnowłosa głowa
pielęgniarki.
-Ma pan gości. – powiedziała do mnie po angielsku,
uśmiechając się, a później przepuszczając w drzwiach moich rodziców. Oboje byli
bardzo bladzi na twarzach, wręcz przerażeni. No cóż, fakt, że nieruchomo
spoczywałem na łóżku, chyba jakoś nie podnosił ich na duchu. Chcąc jakoś ich pocieszyć,
uśmiechnąłem się lekko, niezdolny do poruszenia praktycznie żadną z części
ciała, by nie poczuć fali bólu. Przyszło mi więc wyrażać siebie tylko i
wyłącznie mimiką twarzy. Moja matka od razu zalała się łzami. Przyglądając się
im, podczas gdy ze mną rozmawiali, zauważyłem, że oboje bardzo się postarzeli,
na ich twarzach pojawiło się więcej zmarszczek. Miałem małe wyrzuty sumienia,
że to ja jestem źródłem ich wszystkich kłopotów. Najpierw ten cały romans, teraz
wypadek a oprócz tego nieubłagany rozwód. Moja mama, trzymała mnie za dłoń,
która była chyba jedynym nieobandażowanym fragmentem mojego ciała ( nie licząc
twarzy), gdy ojciec chrząknął.
-Myślę, że powinniśmy sobie pójść, w końcu masz jeszcze
innych gości. – powiedział, kładąc rękę na ramieniu mamy, która powoli
podniosła się z krzesła, stojącego obok mojego łóżka.
-Koledzy z drużyny mogą poczekać.
-To nie koledzy z Twojej drużyny. – uśmiechnął się lekko i
praktycznie wypchnął matkę na korytarz. Zdziwiłem się, bo oprócz nich nikt mnie
nie odwiedzał. Zabrakło mi tchu, gdy spojrzałem, kto stoi w drzwiach.
-Justyna? – zapytałem z niedowierzaniem. Gdybym mógł użyć
ręki, na pewno bym się uszczypnął, bo cała sytuacja zaczęła przypominać sen.
Maciek, głupku, zapewne jest środek nocy, a tobie śnią się głupoty. Jak inaczej
mógłbym wytłumaczyć to, że tak wyraźnie ją widziałem? Niezdecydowana, stała
wciąć w drzwiach, z Karolem na rękach, który z ciekawością rozglądał się po
pomieszczeniu. Powoli podeszła do łóżka i postawiła małego na podłodze,
trzymając go za rękę. Jej wielkie, brązowe oczy były jeszcze większe niż
zazwyczaj i podejrzanie błyszczały. Ogarnęła jednym spojrzeniem łóżko, na
którym leżałem i skupiła spojrzenie na kroplówce, do której byłem podłączony.
Mały wyrwał się z jej uścisku i próbował władować na łóżko, na co przerażona
szybko podniosła go do góry. Obrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie
bystro, a później uśmiechnął się.
-Tata! – zapiszczał głośno i zaczął wyciągać w moją stronę
ręce, a mi zaschło w gardle ze wzruszenia. Justyna patrząc na jego reakcję,
zapytała cicho:
-Dasz tacie buzi? – po czym schyliła się nade mną, a mały
pozostawił mokry ślad na moim policzku. Otworzyła usta, jakby chciała coś
powiedzieć, ale mały tak bardzo wiercił się w jej ramionach, że odstawiła go na
podłogę. Kątem oka śledziłem, jak biega po pomieszczeniu i zagląda do mojej
szafki nocnej. Justyna usiadła na taborecie obok mnie, jednak wodziła wzrokiem
za Karolem. Kiedy wybiegł przez drzwi do moich rodziców, splotła ręce na
kolanach i spojrzała mi w oczy, po czym ponownie powiodła wzrokiem po mojej
sylwetce. Położyła dłoń na kołdrze w miejscu, gdzie znajdowała się moja noga. –
Ty… naprawdę nic nie czujesz?
-Niestety. – odpowiedziałem, krzywo się uśmiechając. Widziałem
przerażenie i niedowierzanie w jej oczach i chociaż sam miałem zostać kaleką,
to na główny cel obrałem sobie pocieszenie jej i uświadomienie, że mogło być
przecież gorzej. Delikatnie przeniosła rękę na moje przedramię i bandaże,
opuszkami palców dotykając mojej dłoni. Poruszyłem palcami. – Ale tylko nogi.
Kilka tygodni i będę prawie jak nowy. Od pasa w górę rzecz jasna.
Speszona przeniosła wzrok na półkę, na której dostrzegła
obrączkę.
-Nadal ją masz? – zapytała ze zdziwieniem.
-To taki mój talizman. Chociaż na niewiele się przydał, jak
widać. – odparłem, próbując zażartować. Na jej twarzy pojawił się cień
uśmiechu, ale spostrzegłem, że oczy zaszły jej łzami, mimo iż próbowała to
ukryć pochylając głowę. Grzywka zasłoniła połowę jej twarzy, ale odgarnęła
ją i założyła sobie za ucho, po czym znów spojrzała na stolik. Cały czas unikała
mojego wzroku. Była smutna, widziałem to, nie mogłem jednak do końca rozgryźć,
jaki jest tego powód. Czy jest nim to, w jakim stanie teraz jestem, czy może
to, że musi tutaj siedzieć, przymuszona przez moich rodziców?
-Nie musiałaś tutaj przychodzić, jeśli nie chciałaś. Nie
obraziłbym się. – wyszeptałem, czekając na jej reakcję. Popatrzyła na mnie
prawie z wyrzutem.
-Nie rób ze mnie takiego potwora. Jestem tutaj, bo sama tego
chciałam. Nie mogłam cię przecież tak zostawić. – zmarszczyła brwi, a jej twarz
wykrzywiła się w smutku, mimo to nadal była piękna i ani zdjęcia, ani rozmowy
przez Skype nie mogły tego dokładnie oddać.
-Jesteś z kimś? –zapytałem, bo ta kwestia bardzo mnie nurtowała.
Moje pytanie wydawało się jednak zbyt nachalne, nie musiała się przecież przede
mną spowiadać. – Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.
Zaprzeczyła ruchem głowy, uśmiechając się krzywo.
-A Aleks?
-Jest tylko moim przyjacielem. Poza tym, znalazł sobie
ostatnio dziewczynę. Mam nadzieję, że ułoży sobie z nią życie, nie chcę mieć
wyrzutów sumienia, że jest z mojego powodu nieszczęśliwy. – odpowiedziała,
spoglądając gdzieś ponad mną. Nabrała powietrza, jakby chciała coś jeszcze
powiedzieć, ale zrezygnowała i przygryzła wargę. Nasze spojrzenia się spotkały,
a ona westchnęła, poprawiając opadającą na twarz grzywkę i odezwała się cicho.
– A ty kogoś masz?
-Miałem. Albo przynajmniej tak mi się wydawało. Teraz chyba
doszła do wniosku, że kaleka nie jest jej potrzebna. Co ja gadam, przecież
nikomu nie jest. Lepiej gdybym zginął, byłby święty spokój.
-Przestań Maciek, nie mów tak.
-Ale to prawda. Kto oprócz moich rodziców byłby tym faktem
załamany? Będę dla nich wiecznym ciężarem.
Żałuję, że stało się, jak się stało. Jestem życiowym nieudacznikiem,
Justyna. Miałem rodzinę, którą straciłem z czystej głupoty, a jedyne, co mi
pozostało to siatkówka, w której też już nie będę mógł się spełniać. Tak bardzo
przez te dwa lata żałowałem, że nie mogę z Wami być, przeklinałem samego
siebie, że nie mogłem trzymać rąk przy sobie. Nie było dnia, żebym o Was nie
myślał, o Tobie i Karolku. A teraz co mnie czeka? Czy komuś będę jeszcze
potrzebny? – nabrałem powietrza, by
wyrzucić z siebie resztę żalu, jednak poczułem ucisk w gardle.
-Ja byłabym załamana Maciek. – przerwała mi, patrząc na mnie
swoimi szeroko otwartymi oczami. Po policzkach spływały jej łzy. Wyciągnęła
rękę i wsunęła ją w moją dłoń, wprawiając mnie w osłupienie.
-Nie musisz udawać, nie potrzebuję współczucia.
-To nie jest współczucie Maciek. Pamiętasz, co ci
powiedziałam, kiedy przyszedłeś ze mną wtedy porozmawiać? Powiedziałam ci, że
cię kocham, ale nie wyobrażam sobie naszego dalszego życia. To co wtedy
zrobiłeś bardzo mnie zabolało, zaczęłam obwiniać siebie za to, że szukałeś
szczęścia u kogoś innego. Czułam się okropnie, bo to tak jakby po części była
moja wina.
-To przecież nieprawda, nawet tak nie myśl. – powiedziałem i
zacząłem gładzić jej palce, starając się choć trochę ją uspokoić. – Od początku
do końca jest to tylko moja i wyłącznie wina.
-Nie ważne. Nie przyjechałam tutaj, żeby ci współczuć, tylko
porozmawiać. Wydaje mi się, że żadne z nas nie zastanowiło się do końca nad
tym, co wtedy powiedzieć. Prawie się później nie kontaktowaliśmy, przepraszam,
że byłam taka oschła. Ta zdrada była ciosem w moją dumę… Każdego dnia o tobie myślałam. Zastanawiałam się, jakby to było, gdybym podjęła inną
decyzję, ale im więcej czasu mijało, tym trudniej było mi z Tobą szczerze
porozmawiać. Twój wypadek był takim bodźcem. Kiedy zadzwonili do mnie i
powiedzieli, że nie wiadomo, czy przeżyjesz, czułam się, jakby ktoś wyrwał mi
duży kawałek serca. Świadomość, że możesz umrzeć… Mimo tego, co mówił mi rozum,
serce wciąż podpowiadało mi, że powinnam była dać ci jeszcze jedną szansę. A raczej
nam, jeszcze jedną szansę. Nie chcę tego robić tylko ze względu na Karola, chociaż
nie powiem, ojciec na pewno mu się przyda. Po prostu nadal cię kocham i te dwa
lata były dla mnie tak ciężkie… Kocham cię i chciałabym spędzić z Tobą resztę
życia.
Nie odzywałem się, wpatrując się w nią w osłupieniu, bo nie
mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Już nikt mi nie wmówi, że to wszystko
dzieje się na jawie. A może ja już umarłem? Chociaż nie. Zaraz pewnie spod łóżka wyskoczy
jakiś koleś i poinformuje mnie, że jestem w ukrytej kamerze.
-Przepraszam, to było głupie. Pewnie nie chcesz, rozumiem. –
wypuściła z uścisku moją dłoń.
-Nie, nie, czekaj. Ja… nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę
chcesz do mnie wrócić? Do kolesia na wózku?
-Maciek, dla mnie nie ważne jest to, czy jeździsz na wózku
czy nie. Kocham cię za to, jaki jesteś, a nie za to czy potrafisz stanąć na własnych nogach.
-Wycofasz pozew?
Skinęła mi głową, a ja szeroko się uśmiechnąłem.
-Nie robisz mnie w konia, naprawdę?
-Skąd przyszło ci to głowy głupku? – zaśmiała się, a jej
oczy błysnęły żywym blaskiem. Na tak znane mi określenie ,,głupku’’
uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Wracała do mnie dawna Justyna.
-Wiesz, że jeszcze trochę tu poleżę? Poczekasz na mnie, nie
zmienisz zdania?
-A ty nie zmienisz?
-Chyba ci nie ucieknę, nie? – zaśmialiśmy się oboje z tego
dość drętwego żartu. Do pokoju wbiegł Karol pod rękę z pielęgniarką, która
poinformowała nas, że zaraz przyjdzie lekarz i muszę zostać sam. Justyna wstała
z krzesła, podniosła małego na ręce i miała już wychodzić, jednak wróciła do
łóżka i pochyliła się nade mną, a później poczułem jej usta na swoich. Tak bardzo
mi jej brakowało, że nawet sobie tego nie wyobrażałem. Żadna z dziewczyn,
które poznałem nie była taka, jaka była Justyna. – Przyjdziesz do mnie jutro?
-Pewnie. I pojutrze też. Poczekam aż cię wypiszą. A potem
wrócimy razem do Bełchatowa.
Może czasami wydaje się, że wiatr sypie nam przez całe życie piaskiem w oczy. Wystarczy jednak jedna chwila, aby wszystko się zmieniło, na dobre, czy też złe. Nie wszystkie ludzkie uczucia są jednak zmienne, chociaż tak bardzo byśmy sobie tego życzyli. Zawsze, kiedy zaczynamy w nowym miejscu, przyszłość jawi się przed nami jak jedna wielka niewiadoma. Każdy z nas chce, aby dalsza droga była usłana różami, jednak nie da się przejść przez życie lekką ręką. Grunt to jednak podnieść się po każdym upadku, choć może nam się to wydać kompletnie niemożliwe. Kiedy przyjechałam do Łodzi, czułam, że moje życie się zmieni. Był to pewnego rodzaju przełom w moim życiorysie - z małego miasteczka do wielkiego miasta. Pomyśleć, że kiedyś siedziałam w moim mieszkaniu, płacząc z powodu nieodwzajemnionej miłości Aleksa, a później znów byłam w kompletnym rozpadzie, przez kolejnego faceta, którego jednak tak bardzo kochałam. Gdy Maciek mnie zdradził, zapewniałam samą siebie, że nie dam już się ogłupić żadnemu przedstawicielowi płci męskiej, z wyjątkiem mojego synka. Nawet jeśli nie doszłam w życiu praktycznie do niczego, on był moim słońcem, kimś dla kogo warto było żyć i się starać, ukradkiem ocierając łzy. Świat jednak jest już tak skonstruowany, że do szczęścia potrzebujemy tej drugiej połówki, którą chcąc nie chcąc, zawsze miał już być dla mnie Maciek. Żyjący w odległych miastach, nie zaznaliśmy po rozstaniu choć odrobiny szczęścia. Byliśmy wrakami ludzi, chociaż dość skrzętnie to ukrywaliśmy. Czy nie lepiej jest, gdy zamiast dwóch nieszczęśliwych ludzi, jest para pod rękę gotowa stawiać czoła dalszym przeciwnościom losu? Chociaż trudno było mi podjąć taką decyzję, postanowiłam mu przebaczyć, ponieważ widziałam, jak bardzo żałował swojego czynu. Każdy przecież zasługuje na drugą szansę. A ja miałam wrażenie, że tej drugiej szansy nie zmarnuje już żadne z nas.
,,Bóg jeden wie, ile zajęło mi rozwianie moich wątpliwości
Jesteś jedynym, którego pragnę.''
Adele - One and only
*
I jest epilog, wypełniony po brzegi podkładami. Mam nadzieję, że je włączaliście, bo i tak rzadko kiedy ich używałam. ;) Wszyscy byliście już praktycznie pewni, że Justyna i Maciek już do siebie nie wrócą, a ja nie mogłam wam pisnąć ani słowa, bo nie byłoby niespodzianki. Mam nadzieję, że nie zawiedliście się na tym epilogu i że przypadł wam do gustu. Opowiadanie kończę piosenką przewodnią tego bloga. Maciek zawsze był jednym, jedynym Justyny, czy tego chciała, czy też nie. ;)
Dziękuję wszystkim, którzy komentowali, oraz tym, którzy czytali, ale tego nie robili ( jeśli byli tacy). Naprawdę chciałabym wiedzieć, ile naprawdę was było, niestety już przyzwyczaiłam się do myśli, że pozostanie to wieczną niewiadomą. ;) Naprawdę, jeszcze raz dziękuję. Za te wszystkie słowa, którymi mnie obdarzyliście, także za konstruktywną krytykę ;).A już szczególnie za te na maksa długie komentarze pod ostatnimi postami. Dzięki nim dowiedziałam się, że tak jak ja zżyliście się z moimi bohaterami i jest wam równie ciężko ich opuszczać.
Muszę przyznać, że w moim oku zakręciła się łezka, że to już koniec. Że nie usiądę po ciężkim licealnym dniu przed laptopem i nie wystukam paru zdań o Justynie i Maćku. Jak już jednak niektórych poinformowałam, mam w planach kolejne opowiadanie. Nagromadzenie zapasowych fragmentów pewnie zajmie mi jakiś tydzień czy dwa, nazwijmy to takimi małymi wakacjami od blogowania. ;) Jeśli chcecie, dam Wam znać, jak już zacznę publikować. Oficjalnie mogę powiedzieć, że również będzie związane w pewnym stopniu z siatkówką, a raczej z pewnym siatkarzem. Co niektórzy chyba nie dadzą mi żyć i nawet mi to zapowiedzieli, jeśli nie ruszę z czymś nowym ( osoba, o której teraz myślę dobrze wie, że chodzi mi właśnie o nią). ;) Kiedy już więc ogarnę nowy szablon na bloga i znajdę jakiś nowy adres, to na pewno tutaj go dodam. Będę nadal czytać Wasze blogi :)
Chyba przekazałam już wszystko, co miałam zamiar wam przekazać. Może dam wam takiego małego bonusa? Gotowi na ciekawostki dotyczące tego ,,Historii z siatkówką w tle'' ? ;) Nie będzie ich wiele, ale zawsze coś.
-plik, w którym zapisywałam rozdziały, liczy aż 140 stron. Zapewne jest ich więcej, bo przed publikacją już na blogu dopisywałam co nieco i rozszerzałam pewne tematy. Dlatego właśnie tak bardzo podziwiam tych, którzy byli w stanie przeczytać to w jeden dzień. Respekt. ;)
- całe opowiadanie liczy ok. 64 tysiące znaków.
-pierwotnie to Aleks miał być wybrankiem Justyny, jednak gdy wplątałam go w ciążę Idy, nie chciałam robić z opowiadania taniego serialu i wymyślać, że ojcem dziecka jest kto inny. Maciek w moim zamierzeniu miał być jej przyjacielem, który wprawdzie się w niej zakocha, ale nie będzie mógł z nią być, bo dziewczyna wybierze Aleksa. ;)
-epilog napisałam już wcześniej, jednak go skasowałam, bo totalnie nie pasował do sytuacji, którą rozwinęłam. Kiedy więc wymyśliłam, że to Maciek będzie z Justyną, w epilogu nasz giermek miał trafić do szpitala w wieku lat ok.60, a Justyna miała opowiedzieć w skrócie historię całego ich życia, w tym ich dzieci, bo szykowała się ich aż trójka. Karol miał być tym najstarszym dzieckiem. ;) Z tej koncepcji pozostał tylko szpital. ;)
-najwięcej wyświetleń ma post I.
-witryną odsyłającą, która przyniosła mi najwięcej czytelników, jest tumblr. Zapraszam do śledzenia mnie, jeśli tylko macie ochotę na siatkarski spam na tablicy, jeśli jesteście stąd, do napiszcie do mnie i dajcie mi znać, to zrobię szybki ,,follow back'' ;)
I jest epilog, wypełniony po brzegi podkładami. Mam nadzieję, że je włączaliście, bo i tak rzadko kiedy ich używałam. ;) Wszyscy byliście już praktycznie pewni, że Justyna i Maciek już do siebie nie wrócą, a ja nie mogłam wam pisnąć ani słowa, bo nie byłoby niespodzianki. Mam nadzieję, że nie zawiedliście się na tym epilogu i że przypadł wam do gustu. Opowiadanie kończę piosenką przewodnią tego bloga. Maciek zawsze był jednym, jedynym Justyny, czy tego chciała, czy też nie. ;)
Dziękuję wszystkim, którzy komentowali, oraz tym, którzy czytali, ale tego nie robili ( jeśli byli tacy). Naprawdę chciałabym wiedzieć, ile naprawdę was było, niestety już przyzwyczaiłam się do myśli, że pozostanie to wieczną niewiadomą. ;) Naprawdę, jeszcze raz dziękuję. Za te wszystkie słowa, którymi mnie obdarzyliście, także za konstruktywną krytykę ;).A już szczególnie za te na maksa długie komentarze pod ostatnimi postami. Dzięki nim dowiedziałam się, że tak jak ja zżyliście się z moimi bohaterami i jest wam równie ciężko ich opuszczać.
Muszę przyznać, że w moim oku zakręciła się łezka, że to już koniec. Że nie usiądę po ciężkim licealnym dniu przed laptopem i nie wystukam paru zdań o Justynie i Maćku. Jak już jednak niektórych poinformowałam, mam w planach kolejne opowiadanie. Nagromadzenie zapasowych fragmentów pewnie zajmie mi jakiś tydzień czy dwa, nazwijmy to takimi małymi wakacjami od blogowania. ;) Jeśli chcecie, dam Wam znać, jak już zacznę publikować. Oficjalnie mogę powiedzieć, że również będzie związane w pewnym stopniu z siatkówką, a raczej z pewnym siatkarzem. Co niektórzy chyba nie dadzą mi żyć i nawet mi to zapowiedzieli, jeśli nie ruszę z czymś nowym ( osoba, o której teraz myślę dobrze wie, że chodzi mi właśnie o nią). ;) Kiedy już więc ogarnę nowy szablon na bloga i znajdę jakiś nowy adres, to na pewno tutaj go dodam. Będę nadal czytać Wasze blogi :)
Chyba przekazałam już wszystko, co miałam zamiar wam przekazać. Może dam wam takiego małego bonusa? Gotowi na ciekawostki dotyczące tego ,,Historii z siatkówką w tle'' ? ;) Nie będzie ich wiele, ale zawsze coś.
-plik, w którym zapisywałam rozdziały, liczy aż 140 stron. Zapewne jest ich więcej, bo przed publikacją już na blogu dopisywałam co nieco i rozszerzałam pewne tematy. Dlatego właśnie tak bardzo podziwiam tych, którzy byli w stanie przeczytać to w jeden dzień. Respekt. ;)
- całe opowiadanie liczy ok. 64 tysiące znaków.
-pierwotnie to Aleks miał być wybrankiem Justyny, jednak gdy wplątałam go w ciążę Idy, nie chciałam robić z opowiadania taniego serialu i wymyślać, że ojcem dziecka jest kto inny. Maciek w moim zamierzeniu miał być jej przyjacielem, który wprawdzie się w niej zakocha, ale nie będzie mógł z nią być, bo dziewczyna wybierze Aleksa. ;)
-epilog napisałam już wcześniej, jednak go skasowałam, bo totalnie nie pasował do sytuacji, którą rozwinęłam. Kiedy więc wymyśliłam, że to Maciek będzie z Justyną, w epilogu nasz giermek miał trafić do szpitala w wieku lat ok.60, a Justyna miała opowiedzieć w skrócie historię całego ich życia, w tym ich dzieci, bo szykowała się ich aż trójka. Karol miał być tym najstarszym dzieckiem. ;) Z tej koncepcji pozostał tylko szpital. ;)
-najwięcej wyświetleń ma post I.
-witryną odsyłającą, która przyniosła mi najwięcej czytelników, jest tumblr. Zapraszam do śledzenia mnie, jeśli tylko macie ochotę na siatkarski spam na tablicy, jeśli jesteście stąd, do napiszcie do mnie i dajcie mi znać, to zrobię szybki ,,follow back'' ;)
-najczęściej w google wyszukiwaliście mnie wpisując ,,maciej muzaj opowiadanie'' lub też ,,historia z siatkówką w tle''
-najdziwniejszymi słowami, po jakich ktoś trafił na mojego bloga przez wujka Google, było ,, kocham Macieja Muzaja'' i uwaga... ,,co zrobić, gdy soczewka się podwnięła''. Nie mam pojęcia, jaki moje opowiadanie ma związek z tym drugim. ;)
-zawsze marzyłam, żeby osiągnąć 10 000 wyświetleń, a w tej chwili jest ich dwa razy więcej. Dziękuję! :>
To chyba tyle. Cały epilog i pożegnanie zabrało mi prawie pół popołudnia, dobre trzy godziny. Pora zabrać się za coś pożytecznego.
Pomyślałam, czy jednak nie pozostać przy tym adresie, na którym teraz publikowałam. Chyba lepiej jest jednak założyć nowy, prawda? Jak myślicie?
Pomyślałam, czy jednak nie pozostać przy tym adresie, na którym teraz publikowałam. Chyba lepiej jest jednak założyć nowy, prawda? Jak myślicie?
Jeszcze raz wszystkim dziękuję, chyba tego nie mówiłam, ale kocham Was wszystkich. :)