21 lutego 2013

XXV


,, Znałam swą drogę, ale się pogubiłam
Miałam serce ale królowa została zrzucona z tronu
I teraz nie śpię, ciemność jest zbyt trudna by ją pokonać
I teraz już się nie trzymam, potrzebuję siły która by mnie pchnęła’’
Ellie Goulding - Lights

Czas leci nieubłaganie. Zauważyłam to już, kiedy skończyłam szkołę. Nim się obejrzałam, wyszłam z niej po raz ostatni, a ludzie z którymi przebywałam przez te całe trzy lata, rozeszli się każdy w swoją stronę. Były obietnice, że nie stracimy ze sobą kontaktu, że będziemy się spotykać. Puste obietnice. Wina jednak leży zawsze po obu stronach, muszę przyznać, że sama o to nie zadbałam. Gdybym przecież wyraziła jakąś chęć, mogłabym znów siedzieć z nimi w pizzerii, jak za starych czasów i krztusić się coca colą, kiedy któreś z nich opowiedziałoby dobry żart. Sama to jednak odrzuciłam, musiałam dać to sobie jasno do zrozumienia. To samo się tyczy rodziny – może faktycznie nie byli bez winy, ale może to ja nie potrafiłam słuchać? Ludzie w gniewie obrzucają się błotem, choć normalnie nawet by o tym nie pomyśleli. Żyliśmy ze sobą całe osiemnaście lat, czasem było dobrze, czasem źle, ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy rodziną. A rodzina powinna trzymać się razem. Ja po prostu się od tego odcięłam, nie pokazałam nawet cienia skruchy czy ochoty na wyjaśnienie sytuacji. Bezsenne noce stwarzają wyśmienitą okazję na pognębienie samego siebie i uświadomienie, że źródłem wszystkich problemów, jest nikt inny, tylko on sam. Cisza, która panowała w pokoju, była strasznie męcząca. Przerywana tylko cichym oddechem Darii i odległymi grzmotami, uderzała mnie coraz bardziej.  Nałożenie słuchawek na uszy nic nie dawało. Po prostu przychodzi taki moment, kiedy trzeba stawić czoła swojemu ja.  Dokładnie określić, dlaczego znaleźliśmy się właśnie tutaj. Jak tutaj trafiliśmy i dlaczego właśnie nam było to dane.
Pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu, też tak leżałam. Zaciskałam powieki, aby uchronić się przed burzą. Wtedy jednak psychicznie prezentowałam cię o niebo lepiej, w porównaniu do dzisiejszej nocy -  jestem w klasycznym dole.  Każdy czasem jest nie w humorze, ale to przygnębienie towarzyszyło mi już zbyt długo. Praktycznie od pierwszego meczu. Nie ma co ukrywać, że było cienko. Przegrałyśmy i to z kretesem. Nie pomogły zmiany, prośby, krzyki. Cały mecz spędziłam na ławce rezerwowych, obserwując, jak burzą się nasze marzenia. Uczucie to było okropne. Wiele razy, jeszcze jako kibic byłam zdruzgotana, kiedy moje ulubione drużyny przegrywały, jednak sposób widzenia zależy od punktu siedzenia. Zawiodłyśmy, a wstyd i żal paliły tak bardzo, że miałyśmy ochotę zakopać się w jakiejś dziurze. Wymagano od nas jednak profesjonalizmu i trzymania głowy wysoko, nawet jeśli nikt nie wypowiadał się o nas zbyt pochlebnie.
Czas leci nieubłaganie, sezon zbliżał się ku końcowi. Nie osiągnęłyśmy praktycznie niczego, za każdym razem odpadałyśmy z gry, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła. Nasze nastroje się zmieniły,  przestałyśmy się śmiać i żartować. Podczas każdej podróży autokarem na mecz, panowała cisza. Poddałyśmy się, było to jasne jak słońce. Ile było meczów, kiedy trener zarządzał zmianę za zmianą, licząc na jakieś efekty? Jak wielkie było poczucie porażki, kiedy zły serw był ostatnim punktem dla przeciwnika, kiedy mecze oddawałyśmy praktycznie walkowerem?
Nigdy tu nie pasowałam. To wszystko, to nie mój świat. Miejsce w reprezentacji było dla mnie jak dar od losu, jednak wiedziałam, że jego przyjęcie nie było fair. Jest wiele kobiet, które walczą do ostatku sił, latami pracując na to, aby ktoś je zauważył. Może miałam szczęście, ale na pewno na nie nie zasłużyłam. Gdyby na moje miejsce został powołany ktoś inny, reprezentacja miałaby większe szanse na zdobycie czegokolwiek…
Upragniony sen w końcu nadszedł, szybko jednak zostałam przywrócona do rzeczywistości, gdy zadzwonił budzik. Nieprzytomna, załadowałam się do autokaru, który miał zawieść nas na kolejny trening. Czekał nas mecz o wszystko – jeśli nie wykrzesamy z siebie choć odrobiny chęci, możemy rozjechać się do domów. Pocieszający był fakt, że przynajmniej reprezentacja mężczyzn przynosiła Polsce powody do dumy…
Robiłam wszystko jak na automacie i słabo docierało do mnie to, co działo się wokół. Może była to też wina faktu, że niewiele zjadłam i brakowało mi snu. Od ponad tygodnia nie potrafiłam przespać całej nocy, to przecież nie jest normalne. W lusterku witała mnie brązowo oka dziewczyna z ciemnymi sińcami pod oczami. Nawet korektor nie potrafił ukryć mojego zmęczenia. Trenerzy spoglądali na mnie z zatroskaniem, lekarz cały czas zalecał mi jakieś ziółka, tabletki i dodatkowe masaże.
Kolejny raz mój serw trafił w siatkę.
-Justyna, skup się! – krzyknął trener. Kolejna piłka ledwo, ledwo trafiła w boisko, po drodze zahaczając o taśmę. Brakowało mi już na to siły, miałam mroczki przed oczami.
-Ostatnie akcje! – usłyszałam. Zobaczyłam idealnie rozegraną do mnie piłkę. Nie mogłam tego spaprać. Wzięłam duży rozbieg, wybiłam się do góry i przebiłam przez blok. Nie zdążyłam się nawet nacieszyć udanym atakiem, kiedy wylądowałam na ziemi i przewróciłam się. Próbowałam się podnieść, jednak okropny ból w kolanie nie pozwalał mi na to. Spojrzenie na nie było ostatnią rzeczą, jaką zarejestrował mój zmęczony umysł, zanim pochłonęła go ciemność.
*
Siedziałam na ławce, patrząc jak przeciwniczki zyskują ostatni punkt w meczu, na którym tak nam zależało.  Zaczęły skakać i śmiać się, kiedy po drugiej stronie siatki rozgrywał się dramat. To już koniec. Zawiodłyśmy wszystkich. Widziałam ich smutek i łzy, sama też szukałam słów pocieszenia, ale nie mogłam ich znaleźć.
-Najlepiej będzie, jak do nich dołączymy. – powiedziała do mnie Ola. Kiwnęłam głową i podniosłam się. Wsadziłam ręce w kule i powoli dotarłam do załamanych dziewczyn. Przytulanie, kiedy ma się zajęte ręce jest nie lada sztuką. Łzy lały się fontannami po naszych twarzach. Dziewczyny udzielały ostatnich wywiadów i przepraszały kibiców, którzy do końca w nas wierzyli.
Kolejne dni to tylko pojedyncze wspomnienia. Powrót do Polski. Konferencja prasowa. Ostatnie spotkanie kadry i droga do domu. Moje auto zostało w Szczyrku, jednak i tak nie byłabym w stanie prowadzić. Po zbadaniu mojej nogi, która po feralnym treningu była nienaturalnie wygięta w kolanie, okazało się, że mam problem z rzepką. Kontuzja wyeliminowała mnie na dobrych kilka miesięcy, w których musiałam oszczędzać kolano. Przeszłam też operację. Lekarz zapewniał mnie, że przerwa i odpowiednie leczenie pomogą mi stanąć na nogi w kolejnym sezonie. Ja jednak wiedziałam swoje. Jak będę skakać do ataków i bloków? Patrząc na moją zabandażowaną, usztywnioną nogę nie mogłam sobie tego jakoś wyobrazić .
Wróciłam do punktu wyjścia. Znów byłam w Łodzi, nie wiedząc jak dalej kierować swoim życiem. Bogatsza w doświadczenia, skopana przez los... Otrząsnęłam się z tych myśli, oddalając się od lotniska, z niemałą pomocą pewnego miłego pracownika tego obiektu, który holował za mną moją walizkę i torbę. Zostawił mnie przy parkingu, gdzie miał ktoś po mnie przyjechać. Nieważne, że nie wiedziałam kto. Jedyne informacje, jakie miałam na jego temat, to fakt, że studiuje w Łodzi i to on opiekował się moim mieszkaniem, kiedy Maciek zaczął sezon reprezentacyjny. Jakiś jego znajomy. Wystawiłam twarz do słońca, uprzednio rozpuszczając włosy tak, aby zakryły orzełka na mojej piersi. Mój występ w reprezentacji był jedną wielką porażką. Pierwsze więc, co miałam w planach, to schować strój reprezentacyjny głęboko do szafy. Kto wie, może kiedyś pochwalę się nim dzieciom? Czas mijał, siedziałam w tej bezczynności już pół godziny. Kiedy już miałam dzwonić po taksówkę, na parking zajechało srebrne BMW, z którego wysiadł wysoki blondyn. Patrzyłam jak idzie w moją stronę.
-Cześć, Piotrek jestem. Przepraszam za spóźnienie, korki były. – powiedział, uśmiechając się. Był ubrany w jasnoniebieską bluzkę, znakomicie pasującą do kolor jego oczu.
-Nie ma sprawy. – odpowiedziałam, wkładając ręce w kule. Dokuśtykałam za nim do jego auta. Patrzyłam, jak ładuje moje rzeczy do bagażnika, niedowierzając, że stać było go na takie cacko. Nie mogłam się opanować, więc zapytałam z ironią: – Biedny student?
-Co? Nie, to auto moich rodziców. Moje jest strasznie ciasne, nie chciałem żeby było ci niewygodnie. Proszę, wsiadaj. – odpowiedział, otwierając mi drzwi i przesuwając siedzenie pasażera do tyłu, tak abym miała więcej miejsca. Zapięłam pasy i wyprostowałam moją prawą, kontuzjowaną nogę. Jeśli w ogóle można mówić o wyprostowaniu, skoro była usztywniona od uda po łydkę. Włożył kluczyki do stacyjki i powoli wyjechaliśmy z terenu lotniska. – Gdybym nie interesował się trochę siatkówką, to i tak łatwo bym cię poznał. Maciek powiedział mi, żebym szukał kupki nieszczęścia.
-Dowcipniś. – parsknęłam, jednak ta uwaga poprawiła mi humor. Podczas drogi, która trwała jakieś piętnaście minut, dobrze się bawiłam. Piotrek zagadywał mnie na różne tematy, zręcznie omijając dziedzinę, o której totalnie nie miałam ochoty słyszeć. Nie wiedziałam, czy to on miał tyle taktu, czy sam Maciek zasugerował mu, aby ani słowa nie zająknął się o siatkówce. Załadowaliśmy się do windy i wjechaliśmy na moje piętro. Bałam się, co zobaczę po otworzeniu drzwi, ale mieszkanie pozostało w prawie nienaruszonym stanie. Zarejestrowałam jedyne brak wazonu z kwiatami. Patrząc na stolik, na którym się powinien znajdować, usłyszałam:
-No… impreza była i tak jakby… Niechcący się stłukł. Ale jak chcesz, to oddam ci kasę. – powiedział, grzebiąc w portfelu.
-Nie, nie trzeba. Totalny badziew i tak nigdy go nie lubiłam. – przerwałam mu. Stał w przedpokoju, z rękami w kieszeniach. Widząc to, odezwałam się: - Dam sobie radę. Dzięki za wszystko.
-Gdybyś potrzebowała pomocy, w zrobieniu zakupów czy w czymś innym, to dzwoń. – podał mi swój numer zapisany na kartce telefonu. – Lodówkę ci zapełniłem, według instrukcji Maćka.
Zaprezentował jej wnętrze, które wypełnione było po brzegi jogurtami, białym i żółtym serem, warzywami i innymi produktami żywnościowymi.
-Raj na ziemi. Oddam ci pieniądze, ile to kosztowało?
-Nie, Maciek się ze mną rozliczy.
-Ale to przecież nie on będzie to jadł. – zaśmiałam się. – Chociaż znając go, niewykluczone.
-Gdybym przyjął od ciebie pieniądze, to chyba by mnie zadźgał. – nie czekając na moją odpowiedź, ruszył do drzwi. – Dzwoń jak coś.
-Dzięki! –zdążyłam jeszcze krzyknąć, nim wyszedł. Usiadłam na łóżku, kulą starając się przyciągnąć po brzegi wyładowaną torbę. Kiedy po kilku minutach mi się udało, czułam się, jakbym była po zawodach w holowaniu ciężarówek gołymi rękoma. Gdy sięgałam do jej zamka błyskawicznego, jedna z kul upadła mi na podłogę, poza zasięg moich rąk. Próbowałam jej dosięgnąć, ale moja prawa noga skutecznie mi to uniemożliwiała. Uświadamiając sobie, że dalsze próby nie przyniosą żadnego skutku, położyłam się na wznak na łóżku i odetchnęłam.
-To będzie trudniejsze niż myślałam. 
*
Chyba nie tego się spodziewaliście. No cóż, tak to wymyśliłam. Na pocieszenie, mogę dodać, że rozpisałam sobie plan wydarzeń, które jeszcze nastąpią i  jednak nie pożegnam się z Wami tak szybko ;)
Jestem po trzech godzinach języka polskiego. Z mózgu mam totalną sieczkę, więc przepraszam za wszystkie błędy ;)

13 komentarzy:

  1. To jest dobre. Naprawdę bardzo dobre. Idealnie pokazuje, że nie wszystko w życiu jest różowe. Że czasami po prostu przegrywamy, mimo wszelkich starań i chęci. Myślę, że takie coś było potrzebne Twojej historii. Pamiętam, że ostatnio jakiś anonim Ci napisał, że tworzysz strasznie nierealistyczną bajkę, czy coś w tym stylu. (nie umiem dokładnie przytoczyć, ale chyba o to chodziło) Tym rozdziałem pokazałaś, że jest kompletnie na odwrót. Jak dla mnie ten rozdział jest naprawdę dobry, bo taki ludzki. Świetnie to opisałaś. Gratulacje się należą na pewno :)
    Jestem tylko ciekawa, co będzie dalej. Bo co zostało Justynie? Nie wiem, próbuję się postawić w jej sytuacji i stwierdzam, że jest w beznadziejnej sytuacji. Strasznie mnie ciekawi, co teraz z nią 'zrobisz'.
    Buziaki, czekam na coś nowego :)

    http://nad-przepasciaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie o to zostałam posądzona. Ale jak mu odpowiedziałam, jestem realistką, czasami nawet pesymistką i na pewno nie pozwoliłabym mojej bohaterce szczęśliwie wegetować.
      Fakt, że miałam lekkiego doła, pisząc to, zapewne bardzo mi pomógł ;) Przedsmak tego, co się dalej z nią stanie dodam w sobotę, chyba że się rozpiszę to może nawet więcej z tego się dowiecie ;)

      Usuń
  2. Czasem dobre jest takie oderwanie od samego bezgranicznego szczęścia. Podoba mi się ten rozdział. Justyna jest teraz w beznadziejnej sytuacji, ciekawe jak dalej się potoczą jej losy.
    Czekam na sobotę :D
    Zapraszam do mnie na 2 rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie spotkałam kogoś bezgranicznie szczęśliwego. Z mojego doświadczenia wynika, że zawsze kiedy wszystko jest w porządku, ktoś lub coś musi podciąć nam skrzydła. Kontuzja w przypadku Małej tak właśnie zadziałała. Dobrze, że czekasz na sobotę, bo tam już trochę o jej sytuacji się dowiesz ;)
      Wpadnę dzisiaj, albo jutro, bo mam urwanie głowy. Dobrze, że już prawie weekend.

      Usuń
  3. Zgadzam się z dziewczynami wyżej. Dużym plusem jest to, że pokazałaś, że nie zawsze w życiu jest różowo. Maciek jaki kochany, wszystkim się zajął. Wiele bym dała za takiego przyjaciela.
    Widać gołym okiem, że justyna jest w sytuacji podbramkowej. Co może zrobić, żeby jej życie choć trochę się zmieniło? (oczywiście na lepsze :D)
    Jestem strasznie ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy, także czekam z niecierpliwością!
    I cieszę się bardzo, że jeszcze trochę z nami zostaniesz! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę. I tak bym została - czytałabym dalej wasze opowiadania i męczyła nowym ;)
      Gdzie jest mój Maciek, ja się pytam? Też takiego potrzebuję . ;)

      Usuń
    2. Nowym, pierwszy rozdział na moim blogu i-still-believee.blogspot.com
      Zapraszam serdecznie :)

      Usuń
  4. Zapraszam na kolejny rozdział, matchballforlove.blogspot.com

    + Proszę, daj mi jakąś motywację, żebym nadrobiła Twoje wypociny, ok? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Motywację już podsunęłam ci w komentarzu. Dzięki za poinformowanie ;)

      Usuń
  5. Masy rację, tego się nie spodziewałam. Nie sądziłam, że przyspieszysz tak akcję. Maciek jeszcze bardziej u mnie zaplusował. Mam nadzieje, że Justyna wyleczyła się już z miłości do Alka. A swoją drogą, to jestem ciekawa co u niego słychać, bo skoro minęło już trochę czasu, to Ida powinna być już w dosyć zaawansowanej ciąży, albo nawet urodziła, jeśli niczego nie polątałam :>
    No i coś czuje, że z Piotrkiem to jakas grubsza sprawa będzie :D
    Zapraszam do mnie na nowy 12 rozdział:)
    http://lonesome-tears-in-my-eyes.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę powiedzieć tyle : wątki Idy i Aleksa nie zostały jeszcze wyczerpane, na pewno do nich wrócę ;)

      Usuń
  6. fakt tego się nie spodziewałam:/ przykre...no a ten Piotrek to chyba zawita na dłużej...?;) ciekawi mnie co u Alka i Idy... no ale z euforii szczęścia taki kubeł zimnej wody na głowę, samo życie:/
    pozdrawiam
    http://www.niedostepni-dla-siebie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Kontuzja to naprawdę coś ciężkiego dla pasjonatki, ale najwyraźniej siatkówka trochę męczyła już Justynę.
    Szkoda mi jej, bo będzie musiała tyle czasu spędzić na rehabilitacjach itp... ale zapewne Maciek umili jej ten czas :)
    Piotrek chyba też pojawi się trochę na dłużej niż jeden rozdział, co? :D
    To dobrze, że zostajesz na dłużej, bo bardzo ciężko byłoby mi się oderwać od tej historii :D
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na http://setball-for-hope.blogspot.com/ na 19. rozdział, Misu ;*

    OdpowiedzUsuń